Wojciech Rygielski

Zdjęcia: sierpień 2005
Tekst: październik 2013 :)

Rumunia pod namiotem

Jeden z pierwszych, namiotowych wypadów górskich, w których uczestniczyłem. Mnóstwo pozytywnych wspomnień :)

Mimo, że zdjęć jeszcze wtedy robić nie umiałem, był to mój jeden z pierwszych tego typu wyjazd w góry, więc wspominam go wręcz bajkowo.

Ten opis dodaję wiele lat później, więc szczegółów pamiętam być może niewiele. Pamiętam, że wyjechaliśmy na 2 lub nawet 3 tygodnie, targaliśmy ze sobą prawie 10kg żarcia z Polski każdy, i że cały wyjazd kosztował niespełna 900zł na łebka.

Trasa: Brasov - Grohotis - Baiului - Sinaia - Bucegi - Leaota - Piatra Craiului - Iezer Papus.

Był to wyjazd non-profit, organizowany przez SKPB Warszawa - pierwszy z wielu, na które potem się z SKPB jeszcze wybrałem. I być może najbardziej "hardkorowy" :) Parę ciekawszych wspomnień:

  • Robiliśmy tak długie trasy, że pół grupy w środku wyjazdu ogłosiło bunt, odłączyło się i wróciło do domu!

  • Między pasmami górskimi przemieszczaliśmy się stopem. Nie dzieliliśmy się przy tym na mały grupki, lecz wspinaliśmy się wszyscy, czyli 13 osób, na wielkie ciężarówki z balami drewna lub koparki.

  • Pewnego razu, jeden kierowca uparł się, że wszystkich nas weźmie na swojego pickupa. Było to już po "wojnie", po której zostało nas bodajże 9 osób. Niestety, tak czy owak, pod wpływem obciążenia samochód po paru kilometrach stanął i ruszyć już nie chciał. Kierowca przejął się bardzo, ale nie swoim samochodem, lecz tym, że my nie mamy jak dojechać! Stanął na drodze i szybko zatrzymał kogoś, aby nas powiózł dalej.

  • Dzień w dzień, około południa, była burza. I absolutnie nic w tym złego, bo wręcz kocham burze. Trochę za to niepokojący był fakt, że nasz przewodnik nieraz prowadził nas w czasie burzy po ostrej grani, radośnie ściskając parasol w ręku. Pamiętam jak jednego razu piorun trzasnął w szczyt jakieś 300 metrów od nas, i wtedy dopiero kierownik zarządził zejście z grani. Teraz wspominam to ze śmiechem, ale wtedy...!

  • Przewodnik zawsze budził wszystkich o 7 rano, a godzinę później - bezkompromisowo - zawsze był wymarsz. Jak ktoś nie zdążył, to grupa go zostawiała. Muszę przyznać, że od tej pory nigdy jeszcze nie podróżowałem z grupą, która zwijała się tak szybko i sprawnie!

  • Spaliśmy często na szczytach, z których wysyłaliśmy zwiadowców z plecakami pełnymi butelek wody. Nierzadko sam zgłaszałem się do tej roli "muła", bo to była jedyna okazja, żeby się wykąpać. Swoją drogą, znaleziony strumień często był tak wartki, że nabranie butelki wody zabierało 20 minut.

  • Ponad połowę wyjazdu panował niemiłosierny upał. Trudno powiedzieć jak duży, ale z pewnością grubo powyżej 30 stopni. Plecak miałem - w porównaniu z przeciętną jego wagą teraz - bardzo lekki, bo ważył tylko około 20 kg. Ale i tak, w połączeniu z moją niezbyt jeszcze wyrobioną formą, długimi trasami, słońcem, upałem i trudnościami w dostępie do wody - ledwo dawałem radę! Pewnego dnia złapał mnie udar słoneczny i reszta ekipy musiała aż mi plecak odciążać, żebym mógł iść dalej.

  • Podczas tego wyjazdu po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że w półtoralitrowej butelce wody spokojnie da się w całości wykąpać. I to nie po łebkach, ale dokładnie, z mydłem i myciem włosów! Ogromnie też przydał się dodatkowy sprzęt w postaci gąbki. Była przydatna nie tylko wtedy, gdy wody było mało, ale również wtedy, gdy wiał wiatr lub gdy woda była bliska zamarznięcia. Teraz, bez gąbki w góry się nie ruszam!

  • Psy pasterskie, które spotykaliśmy w górach, były nadzwyczaj agresywne. Często nie towarzyszył im też żaden człowiek, więc musieliśmy się przed nimi "bronić" sami. Jednym z podstawowych do nauczenia "trików" stało się schylanie i podnoszenie nieistniejącego kamienia ziemi. Polecam zapamiętać, bardzo się przydaje!

Ach, ach, jak ja się teraz śmieję, jak to wszystko wspominam :) Chyba naprawdę, od tego wyjazdu "zaczęło się"...